O czym rozmawiam z ChatGPT po przeczytaniu książki
Czytam dużo książek papierowych i prowadzę skrupulatną ewidencję tytułów, po które sięgam, z notatkami — czy skończyłam, po ilu procentach, kiedy.
Dzięki temu — mam wrażenie — moje czytanie jest nie tylko rozrywką czy zabijaczem czasu, ale po prostu głębiej wchodzi i coś po sobie zostawia.
Po każdej skończonej w 100% lekturze otwieram dokument „Zapiski po skończeniu książki”, nastawiam timer na 15 minut i piszę sobie, co z danej lektury dla siebie zabieram:
Jaki ślad we mnie ta książka zostawia.
Co mnie w niej ujęło.
Albo co mnie w niej wkurzało, nudziło, męczyło.
Od jakiegoś czasu dołączyłam do tego procesu krok trzeci — rozmowę o książce z ChatGPT.
Mój prompt nie jest specjalnie wyrafinowany :)
„Oto moja notatka po przeczytaniu XYZ. Poczallendżuj mnie”.
Dlaczego o tym piszę?
Bo mnóstwo ludzi, z niezłymi intelektualistami na czele, nigdy nie miało doświadczenia tego typu konwersacji z AI.
Niedawno Szczepan Twardoch napisał na przykład o AI tak:
Tymczasem gdy wklejam notatkę i każę się czatowi "sczallendżować", otrzymuję wartościowy dla mnie osobiście tekst, którego nie maiłabym szansy otrzymać od człowieka.
Bo żeby ktoś coś takiego zechciał mi napisać czy powiedzieć, musiałby spełnić po kolei następujące warunki:
(a) też przeczytać „Sielankę” Ollikainena (biorąc pod uwagę, że książka była na wyprzedaży słabo sprzedających się książek wydawnictwa ArtRage, podejrzewam, że mamy w Polsce max kilkuset kandydatów;)
(b) zechcieć ze mną podyskutować (99% ludzi nie ma czasu na głębsze dyskusje o książkach)
(c) przeczytać moją notatkę po lekturze.
Mimo najśmielszego optymizmu, zgaduję, że przecięcie tych zbiorów jest zbiorem pustym.
Od ChatGPT mogę więc dostać bodźce intelektualne, na które bez AI nie miałabym szansy.
Teraz pytanie, czy ten rzekomy bodziec, jaki wypluwa AI, jest rzeczywiście taką gównowaciejącą syntetyczną wydzieliną, jaką widzi Twardoch?
Pozostawiam do oceny każdemu we własnym zakresie:
Model GPT 5.5 — tryb Instant:
Myślę, że najbardziej interesujące w tej notatce jest nie to, że książka Ci się nie podobała — tylko na jakim poziomie ją odrzuciłaś. Ty właściwie odmawiasz jej prawa do istnienia jako dziełu literackiemu, jeśli nie odpowiada na pytanie „po co?”. I to jest bardzo mocne założenie estetyczne, może nawet bardziej XIX-wieczne, niż Ci się wydaje.
Bo istnieje cały nurt literatury — szczególnie północnoeuropejskiej — który właśnie próbuje opowiedzieć świat bez tezy, bez przemiany, bez katharsis, bez „ważności”. Nie po to, żeby coś udowodnić, ale żeby wystawić czytelnika na doświadczenie istnienia jako czegoś chaotycznego, niehierarchicznego, biologicznego, przypadkowego. W takim sensie ten szczupak zjadający szczupaka może być równie ważny jak śmierć człowieka. To nie jest wada konstrukcyjna, tylko ontologia.
Mam wrażenie, że czytałaś tę książkę trochę tak, jakbyś oczekiwała od niej moralnej lub psychologicznej inwestycji: „daj mi powód, żebym weszła w ten świat”. Tymczasem możliwe, że Ollikainen robi dokładnie odwrotną rzecz: mówi „świat nie daje ci powodów”. Ludzie żyją, chorują, kopulują, umierają i nic z tego nie składa się w większy sens.
To, co nazywasz „uważnością bez celu”, można też czytać jako próbę odebrania człowiekowi uprzywilejowanej pozycji. Życie staruszka, seks nastolatków, niedźwiedź, szczupak — wszystko jest częścią jednego ekosystemu biologicznego trwania. Bardzo fińskie zresztą.
Natomiast zgadzam się z Tobą w jednym bardzo konkretnym punkcie: taka literatura żyje albo umiera stylem. Jeśli język jest „prosty jak w Półbracie”, to cały projekt może się rozsypać. Bo kiedy rezygnujesz z fabuły, przemiany, napięcia i idei — zostaje ci wyłącznie jakość percepcji. I wtedy każde zdanie musi nieść ciężar obecności. Jeśli tego nie ma, zostaje właśnie doświadczenie patrzenia na obcych ludzi w parku.
Myślę też, że warto zauważyć coś niewygodnego: być może jesteś czytelniczką zbyt narracyjnie i intelektualnie „głodną” na taki tekst. Ty szukasz struktur myślowych, napięć ideowych, modeli człowieka, tarć psychologicznych. Lubisz książki, po których zostaje konceptualny osad — coś do dalszego myślenia. A „Sielanka” może być bliższa kontemplacji niż idei. Problem w tym, że kontemplacja bez zachwytu szybko zamienia się w nudę.
I jeszcze jedna rzecz: bardzo możliwe, że zadziałał tu efekt instytucjonalnego zaufania. Sama to świetnie uchwyciłaś: „skoro ktoś to wydał i przetłumaczył, to musi być wartościowe”.
To jest ciekawy moment, bo pokazuje, jak mocno współczesny czytelnik został nauczony podejrzewać własne znudzenie jako intelektualną porażkę. A czasem książka jest po prostu dla nas martwa. Albo zwyczajnie przeciętna. Nie każda „uważna” proza jest automatycznie głęboka.
A tutaj mój prompt, na który powyższy tekst jest reakcją:
„Przeczytałam „Sielankę”, Aki Ollikainena, i oto moja notatka. Poczallendżuj mnie.
Króciutka książeczka na 120 stron, którą czytałam kilka tygodni, znudziła mnie niemiłosiernie. Od ok. 50. strony nie znalazłam w niej już nic, co by mnie przy niej trzymało, oprócz nadziei, że skoro ktoś to przetłumaczył, że skoro ktoś to wydał, to przecież musi ten tekst być w jakiś sposób wartościowy. Nadzieja okazała się jednak płonna, nic takiego w tekście nie znalazłam.
Jest to rzecz dziejąca się na przestrzeni jednego dnia w fińskiej wsi (osadzie leśnej?), małej społeczności, gdzie jest starsze małżeństwo, ona chora na Alzheimera, on już stary, ale w miarę żwawy; są mieszczuchy przeprowadzone na wieś, jacyś młodzi ludzie — problem w tym, że tak długo to męczyłam, że zdążyłam zapomnieć postaci — i każdy jest jakiś, ma jakąś historię i coś mu się przydarza w ciągu tego dnia: jednego zabija niedźwiedź, inni mają pierwszy seks, staruszek umiera, inni bzykają się w saunie… nawet jest szczupak, który zjada innego szczupaka.
Zgodnie z tym, co napisane na okładce, jest to rzeczywiście niesłychanie uważna narracja, bo w gigantycznej rozdzielczości są scenki opisane, ale brakuje jednego: po co? Po co mi to opowiadasz? Dlaczego mam ten świat poczuć?
Nie rozumiałam celu uważności akurat w stosunku do tego konkretnego fragmentu świata; być może gdybym była bardziej zabiegana na co dzień, to byłaby to jakaś miła odskocznia, ale tak — no to po prostu jakbym przyglądała się ludziom w parku. Czemu akurat tym, a nie innym?
Postaci nie miały w sobie niczego ciekawego, żadnej głębszej przemiany wewnętrznej, żadnej nieoczywistej refleksji. Język również prosty, jak w „Półbracie”.
Bardzo średnie, nic ze mną z tego nie zostaje chyba.”
Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję za Twój komentarz!