Dlaczego wracam do bloga
Kilka dni temu, wróciwszy z teatru, poczułam przemożną potrzebę opowiedzenia komuś o właśnie doznanym przeżyciu estetycznym. "Fobia" Markusa Öhrna i Karola Radziszewskiego w Teatrze Nowym w Warszawie. Niesłychany spektakl na krawędzi norm, fenomenalnie chwytał atawizm treści konstytutywnych dla szerokopojętej homofobii. Genialnie zagrał stereotypem dresa, a muzyka na żywo — w duecie wiolonczeli i fortepianu — potęgowała groteskowość i grę konwencjami. Ach, no i maski! Dawno nie widziałam w teatrze, żeby tak dobrze grała maska!
I kiedy tak rozsmakowywałam się swoim przeżyciem ogarnął mnie jednocześnie smutek, że poza najbliższą rodziną, nie mam z kim się tym podzielić w rzeczywistej rozmowie.
Styl życia, który prowadzę od czasu pandemii, ma niewątpliwe zalety: samodzielnie dysponuję czasem, nie muszę podporządkowywać uwagi ludziom, za którymi nie przepadam lub których kompetencje trudno mi docenić, jestem mniej narażona na sezonowe infekcje. Ale ma też jedną dużą wadę: brak swobodnego dostępu do uwagi innych ludzi. Nie mam smalltalku przy ekspresie do kawy, nie mam losowych spotkań w biurze. Każda rozmowa, każda wymiana zdań musi być przeze mnie zaplanowana, uzgodniona, zaakceptowana przez drugą stronę. Jedyne powtarzalne, głębsze interakcje z ludźmi — poza najbliższą rodziną — to te, za które płacę: spotkania z pracownikami, sesje coachingowe, psychoterapia, treningi, fryzjer…
Kiedy więc nagle napada mnie potrzeba opowiedzenia komuś o wrażeniach ze sztuki teatralnej, pozostają tylko social media — które zresztą wolę nazywać mediami atencyjnymi, bo to lepiej odzwierciedla ich funkcję: ekstrakcję ludzkiej uwagi, tej samej, której potrzebuje też człowiek.
W chwili takiego wzmożenia mogę napisać post na Facebooka lub na LinkedIna. Rolek nie kręcę —nie umiałam nauczyć się do tej pory tego tak, aby zabierało mniej czasu niż pisanie. Przypuśćmy więc, że napiszę o tej sztuce posta tekstowego, wymagającego przeczytania, takim językiem, jakbym komuś opowiadała.
Co się następnie z tym postem stanie?
Ze względu na długość (znacząco przekraczającą 1400 znaków), językową pesymalność (te wszystkie trudne słowa i długie zdania — kto to będzie czytał!), brak dominującego tematu (o czym to w ogóle jest?) i szeroko pojętą bezcelowość (brak któregokolwiek z filarów perswazji Cialdiniego) — z tych wszystkich powodów ten post wyświetli się, jeśli w ogóle, znikomej liczbie osób. Dziewięć na dziesięć z nich nie będzie miało czasu, by go choć przeskanować wzrokiem. A jedna jedyna osoba, która dojdzie do końca, nie zostawi żadnej reakcji, żadnego lajka, nawet angryfejsa — z obawy, że skoro nikt wcześniej nie zareagował, to być może obciach by było.
Algorytm będzie więc jeszcze rzadziej wyświetlał posta, skazując go na niebyt. Nie pozwoli też na indeksowanie go przez dogorywające, ale wciąż jeszcze w miarę relewantne wyszukiwarki. Najwyżej nakarmi nim swój model językowy — ale nawet tego nie mogę być pewna!
Rozmyślając tak, przypomniało mi się, jak wyglądałoby to w czasach, gdy nie było jeszcze platform atencyjnych. W pierwszej dekadzie XXI wieku prowadziłam liczne blogi i zapewne w blogu właśnie znalazłabym ujście dla potrzeby dzielenia się przemyśleniami — intelektualnego ekshibicjonizmu niepodporządkowanego realizacji celów w zakresie wzmacniania marki osobistej.
Choć wtedy zrezygnowałam z blogów na rzecz mikroblogów — być może pamiętacie, że około 2006 roku powstające serwisy jak Twitter, Facebook, a w Polsce Flaker czy Blip, nazywano właśnie platformami mikroblogowymi — te mikroblogi obiecywały dystrybucję do znajomych, czyli coś, czego blog we własnej domenie, czy nawet na Blogspocie czy Tumblr, nie dawał. W zamian jednak treści tak publikowane zyskiwały kompletnie efemeryczny status: żyły i były dostępne dopóty, dopóki klikały się pod nimi reakcje. W 2009 roku Facebook wprowadził like button, który dziś jest podstawowym elementem UX każdego praktycznie medium. Natomiast w przeciwieństwie do blogów, te treści nie dostawały się do wieczniezielonego, ogólnodostępnego korpusu treści, jakim z założenia miał być internet.
Doszedłszy do tych wspomnień, podjęłam postanowienie: chcę wrócić do tamtego dawnego modus operandi, sprzed mikroblogów, sprzed platform. Jest w tym trochę nostalgii, ale jest też potrzeba, by rozmawiać z drugim człowiekiem, dzielić się tym, jak widzę świat — zwłaszcza że jest to sposób widzenia kompletnie nieoptymalny, nie dający dopaminy, wymagający czasu i nieprowokujący do lajków ani komentarzy.
Być może rozmowa wcale nie musi dziać się w czasie rzeczywistym?
Być może wystarczy mi, jeśli wymiana rozciągnie się na tygodnie, miesiące, lata?
Być może wystarczy mi, jeśli wymiana rozciągnie się na tygodnie, miesiące, lata?
Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję za Twój komentarz!